FBInstagramlinkemaillink

czwartek, 29 stycznia 2015

5 faktów, których nie wiecie o See Bloggers!


See Bloggers to odbywająca się cyklicznie impreza, gromadząca całą blogosferę, a więc tych piszących o wszystkim i pod kątem wszystkiego - mody, kosmetyków, rodzicielstwa, podróży, social mediów... Ramy wiekowe elastyczne, od ludzi młodych ciałem, do młodych bardziej duchem, z pasją i zaangażowaniem tworzących swoją przestrzeń w internecie.
Nie każdy jednak był, nie każdy o tym słyszał, dlatego przedstawię Wam relację, będzie beczka miodu, będzie i łyżka dziegciu, bo nigdy nie jest idealnie...

Po pierwsze - organizacja. Wielkie pokłony dla ekipy SB, ogarnąć prawie trzy setki ludzi głodnych wrażeń i nowych informacji to duża rzecz. Impreza odbyła się na terenie Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni - nowoczesny obiekt, łatwy do zlokalizowania, tuż przy stacji SKM. Rejestracja bardzo sprawna, a zaraz za nią stoisko z pyszną Bubble Tea - smakową herbatą z dodatkiem żelków i innych pyszności (foto powyżej), dla uczestników gratis. Mieliśmy do dyspozycji jedną część kompleksu więc nawet osoby, które w danej chwili nie szły na warsztaty czy wykłady miały możliwość wygodnie usiąść, porozmawiać, napić się kawy czy herbaty lub zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia w foto-budce.
Gdzie więc ten dziegieć? Zafundowali go sami uczestnicy - chętnych było wielu i nie każdy dostał akredytację na imprezę. Tymczasem pomimo próśb organizatorów, by poinformować, jeśli ktoś nie dotrze (wiadomo, życie, różne wypadki chodzą po ludziach) leżała sobie garść nieodebranych identyfikatorów... BEZNADZIEJNE podejście - zabieranie miejsca komuś innemu, po czym olewanie całej imprezy.

Punkt drugi, czyli warsztaty. Tutaj mam mały niedosyt. Organizowane były w jednym czasie więc chcąc iść na jedne automatycznie wypadałam z drugich, poza tym liczba miejsc na każdych mocno ograniczona. Również sama forma zdobycia biletów przez aplikację, zawieszającą się w momencie rozpoczęcia zapisów też troszkę kłopotliwa. Mnie na szczęście udało się uczestniczyć w tych zajęciach, na których najbardziej mi zależało - copywrighting z Piotrem Buckim, Organique i kosmetyki naturalne oraz FM Group i wiosenny makijaż.
Dodać należy, iż ciągle odbywały się również otwarte panele tematyczne dla wszystkich seebloggerów więc kto miał mniej szczęścia i nie dostał się na warsztaty, mógł uczestniczyć w panelach lub też w konkursie na najpiękniejszą kanapkę, bowiem Lidl zadbał o takie atrakcje, a ich stanowisko cieszyło się wielkim powodzeniem. Można było przygotować sandwicza z dowolnymi dodatkami, którego po sfotografowaniu z przyjemnością konsumowano :)
I w tym punkcie warsztatowym piekielni okazali się blogerzy - zapisywanie się na wszystko jak popadnie a potem oddawanie biletów na forum "bo mi się klepnęło i mam 3 na to samo" lub "w tym czasie jest xxx, wolę iść na tamte". Albo gorzej, po prostu nie przychodzenie i okazywało się, że w grupie brakuje np. 7 osób - tak było na mojej turze z FM Group.



Trzy - atmosfera. Miło, rodzinnie, z uśmiechem, obcy ludzie pozdrawiali się, poznawali na żywo Ci, którzy znali się jedynie z sieci. Ja po półtora roku miałam znów okazję spotkać się z Emilką z bloga Emily Imagination, z którą poznałyśmy się na wyjeździe z Figurą w 2013 roku. Tutaj więc minusów nie będzie!!!


Afterparty to numer cztery. Impreza w klubie Coco w Gdyni, nazwa zobowiązuje więc były stroje w stylu Coco Chanel, a o dobry humor zadbał Grant's Whisky. After toczył się swoim życiem - tańce, szaleństwa, zabawa, ale wszystko na wysokim poziomie. Celowo o tym wspominam, bo na tego typu party z darmowymi drinkami bywa różnie, jako były pracownik korpo widziałam wiele, łącznie z wzywaniem pogotowia do nieprzytomnych :) Jednak brać blogerska jak widać potrafi pokazać klasę.
Co mi się bardzo nie spodobało? Zachowanie hostów z Grant's. Prowadzili oni konkursy zręcznościowe i zabawiali gości. Dwóch panów stojących koło nas dość lekceważąco traktowało uczestników - wiecie - porozumiewawcze spojrzenia, głupie uśmieszki i teksty w stylu "banda idiotów", tak by blogerzy nie słyszeli. Nasza grupka słyszała. Oczywiście zwróciłam im uwagę, bez większego efektu. Duży niesmak, zero profesjonalizmu.


Na koniec, piątka. I tutaj podsumowujące stwierdzenie - żałuję, że tak krótko! Jak pisałam w poprzednim poście, przy okazji wyjazdu spełniłam dodatkowo jedno z małych marzeń - spacer nad morzem zimą więc satysfakcja jest podwójna. Nie przepraszam, potrójna - końcówka wyprzedaży w Galerii Bałtyckiej, czego efektem jest obłędna czerwona nerka z River Island, wymarzona beżowa spódnica z Zary oraz skórzane botki z H&M, wszystko za mniej niż 150 zł w sumie! Żadnej z tych rzeczy nie było w częstochowskich salonach sieciówek, a sklepu RI nie ma w ogóle, dlatego wiedziałyśmy, że Bałtycką zaliczyć musimy. Nie to, że z nas takie zakupoholiczki, że żadnej galerii nie przepuścimy, ale okazję trzeba wykorzystać :) Gwoli wyjaśnienia!

I... co dalej? Relacja w miarę dokładna, wszystko na fotkach, a mnie pozostaje czekać do edycji lipcowej i mieć nadzieję, że również dostanę akredytację. Bardzo na to liczę, bo spędzić weekend w tak zacnym gronie to sama przyjemność!



wtorek, 27 stycznia 2015

Wszystko co kocham



Spełnianie marzeń - nie znam osoby, która by tego nie pragnęła.
Niezależnie, czy chodzi o lot balonem, wycieczkę do Meksyku czy kupno szpilek Louboutin, gdy uda nam się je zrealizować, robi się człowiekowi ciepło na sercu i rozpiera od środka jakaś taka wielka radość.
Bo jakby nie patrzeć, to marzenia pchają nas do przodu i dają nadzieję w smutne dni, kiedy jedyne, do czego jesteśmy zdolni to zagrzebać się głęboko pod kołdrę i przeczekać złą passę.
Nie lubimy też o marzeniach mówić głośno.
W drodze na See blogges do Gdyni, w pociągu zaczepił nas młody chłopak, ten z gatunku domorosłych psychologów - intelektualistów, którzy się na wszystkim znają. Zaczął od takiego właśnie pytania - powiedz mi, jakie są Twoje marzenia. I wiecie, że ja, gaduła straszliwa, nie chciałam kompletnie odpowiadać? Straciłam ochotę do rozmowy na taki temat z obcym człowiekiem. Stwierdził, że się blokuję więc on zacznie i.... sam miał problem, zaczął mówić banały o podróżach i kupnie super-samochodu, po czym zmienił temat. Nie brzmiał przekonująco.
Marzenia to rzecz, którą każdy skrywa głęboko w sobie i tylko sobie pozostawia, ewentualnie dzieli się nią, ale już gdy się spełnią.
Ja więc te do realizacji nadal zatrzymam dla siebie, zaś podzielę się z Wami tym, iż  przy okazji wspomnianej konferencji (relacja wkrótce!) spełniłam malutkie, marzeniątko w sumie :)
Tytułem wstępu - kocham wszelakie plaże, czy to kamieniste, czy piaszczyste, polskie i zagraniczne. Nic mnie tak nie relaksuje i nie wycisza, jak szum morza i piasek pod stopami. Pogoda jest mniej istotna, oby tylko nie sztorm, choć i to byłoby ciekawe doświadczenie, w granicach rozsądku oczywiście. A jednak zawsze wszelkie wybrzeża odwiedzam latem, kiedy świeci słońce, dlatego zapragnęłam odmiany.
Morze zimą, spacer jego brzegiem - to banalne, a jednak od dłuższego czasu siedziało mi w głowie i oto jestem! Mam maleńki niedosyt, bo liczyłam, że uda mi się pochodzić po zamarzniętym Bałtyku, ale zima na północy jakoś łagodna w tym roku. Gdyby nie moje okrycie ciężko byłoby stwierdzić po zdjęciach, jaka to pora. Mimo to, kolejna pozycja na wishliście odhaczona!

P.S w tekście powyżej przemyciłam jeszcze jedno marzenie, ciekawe, czy zgadniecie, które :)








Buty/boots - Stradivarius
Spodnie/trousers - H&M
Golf/turtleneck - no name
Poncho/poncho - no name
Pasek/belt - Bally
Rękawiczki/gloves - Mohito

niedziela, 25 stycznia 2015

The spark...



Chciałabym uraczyć Was jakimś błyskotliwym tekstem, który u części z Was wywołałby uśmiech, u części inspirację, zaś (mam wielką nadzieję!) jakaś garstka pomyślałaby - wow, ta to dobrze pisze!
Chciałabym, uwierzcie. Niestety natłok spraw przeważnie powoduje, że iskierka weny twórczej chwilowo gaśnie. Tak jest właśnie teraz - praca, rodzina, blog, prywatne plany, do tego wyjazd na kilka dni na konferencję See Bloggers do Gdyni - gdy to czytacie, właśnie w niej uczestniczę. Same fajne i miłe rzeczy, ale skomasowane powodują czasem tzw. przeciążenie systemu :)
Dlatego błyskotliwego tekstu nie będzie, będzie krótko i na temat.
Znów żółty płaszcz, tym razem w komplecie z ołówkową skórzaną spódnicą i szarym golfem. Plus pasek, bo kocham paski. Kiedyś pokażę Wam ile ich jest - cała wielka szuflada w komodzie, lekko licząc ze 30...
Botki do spódnicy skracają nogi, nie można zaprzeczyć, ale wyjątkowo mi do tej stylizacji pasowały, są więc i one.
Obecnie po raz kolejny przeżywam etap fascynacji czarnymi, matowymi paznokciami, dlatego i ten detal możecie wypatrzyć na zdjęciach.
To wszystko Kochani, czekam aż iskierka znów się rozżarzy, a w następnym poście będzie morze, obiecuję :) Bo nikt nie mówił, że jest fajne tylko latem!






Płaszcz/coat - Mohito
Golf/turtleneck - River Island
Spódnica/skirt - Reserved
Pasek/belt - H&M
Botki/boots - Bershka
Torebka/bag - Benetton

czwartek, 22 stycznia 2015

Kosmetyki z olejkami



Zima to okres, kiedy skóra i włosy cierpią najbardziej. Owszem i latem przesuszamy je opalaniem, morskimi kąpielami i upałami w ogóle, ale wtedy też bardziej świadomie dbamy o nawilżenie, używamy balsamów, kremów z filtrem, masek. Potem przychodzi jesień, trochę odpuszczamy i zaskakuje nas mróz, śnieg, centralne ogrzewanie, czapki, szaliki i wszystkie inne elementy składowe powodujące, że na głowie mamy nagle naelektryzowane siano, a i reszta nie wygląda najlepiej.
Co więc zrobić?
Na zimę najlepsze są kosmetyki z olejkami - bardzo tutaj generalizuję i upraszczam, bo niekoniecznie to, co idealne dla mnie będzie dobre dla Ciebie. Ale z drugiej strony, na najskuteczniejsze preparaty pielęgnacyjne trafiłam właśnie metodą rekomendacji. Zresztą dużo z nas sięga po kosmetyki, które ktoś polecił, dlatego dzisiaj pozwolę sobie przedstawić to, co się u mnie sprawdziło.

WŁOSY.
Absolutnym faworytem jest odżywka Avon - seria Moroccan Argan Oil.
Niepozorna, szklana buteleczka, na którą nigdy bym się nie skusiła (nie lubię tej marki) gdyby nie Bambi. Podczas naszego jesiennego wypadu do Wrocławia przekonała mnie, abym spróbowała, słysząc moje poranne złożeczenia na elektryzujące się włosy. Użyłam, pokochałam, zamówiłam od razu po powrocie do domu. Z czystym sumieniem polecam, JEDYNA odżywka, która nawilża, nabłyszcza, a nie obciąża mojej czupryny. Rozprowadzam na mokro, po osuszeniu głowy ręcznikiem. Wchłania się szybko, nie pozostawia tłustej powłoki. Pomimo niewielkiej pojemności (30 ml) jest wydajna, nawet przy moich gęstych i długich pasmach.
Gdzie kupić? Zamówić u konsultantki, cena regularna ok 20 zł, w promocji można trafić za połowę. Ja jednak polecam Allegro, nabyłam całą serię wraz z szamponem i odżywką (też niezłe) za 26 zł.



Drugim produktem jest lekki spray Timotei - Mgiełka Upiększająca. Jak reklamuje producent, zawiera olejek arganowy, migdałowy oraz jaśminowy, nie powoduje uczucia przetłuszczenia. Kupiłam go w geście rozpaczy, zanim nabyłam poprzednio wspomniany produkt z Avonu. Stała ta mgiełka w Biedronce na promocji, wydałam więc 9,99 zł łudząc się, że przestaną się te moje włosy elektryzować jak szatany.
Czy była to udana inwestycja? Częściowo. Na mokro nie sprawdza się u mnie absolutnie, ale użyta na sucho działa całkiem dobrze. Duża pojemność - 150 ml, ładna, poręczna butelka z atomizerem.
Nie będę reklamować za mocno, bo każde włosy są inne, jeśli chcecie, sprawdźcie same.




SKÓRA.
Hit absolutny - Eveline Ujędrniający Suchy Olejek do Ciała. Argan plus macadamia oraz witamina E. N składach się nie znam, ale stan mojej skóry mówi sam za siebie. Początkowo obawiałam się, że będzie pozostawiał tłustą powłokę, ale wchłania się bardzo szybko i nie brudzi ubrania. Wystarczy odczekać ok 5 minut. Buteleczka z atomizerem zawiera 150 ml produktu, prosta i ładna, jedynym minusem jest odlepiająca się naklejka.
Można ten kosmetyk kupić w większości drogerii, kosztuje ok 20 zł, w promocji uda się taniej, ja zapłaciłam 15 zł. Warto.



A pod prysznic - Isana. Marka dostępna tylko w sieci Rossmann, tania i zaskakująco dobra, jak na produkty z tzw. niskiej półki cenowej. Przyznaję się bez bicia, że jakąś ogromną fanką tej linii nie jestem, ale akurat ten olejek do mycia z pantenolem i witaminą E bardzo przypadł mi do gustu. Po kąpieli nie muszę już dodatkowo nawilżać skóry, pachnie też całkiem przyjemnie. Nie bardzo się pieni, ale akurat mnie to zupełnie nie przeszkadza.
Pojemność 200ml w cenie regularnej ok 6 zł ( w promocji 3,99 zł) - bardzo przyzwoicie, prawda?



PAZNOKCIE.
Oriflame Beauty Nail Food. Wygląda jak lakier, ale to odżywka w formie olejka, rozprowadzanego pędzelkiem. Odżywia płytkę paznokcia, zapobiega rozdwajaniu, nawilża. Wszystko to prawda! Gdyby nie uciążliwość stosowania, byłaby idealna. Ale skoro uroda wymaga wyrzeczeń, należy poświęcić około pół godziny, jeśli chcemy ją dobrze zaaplikować. Samo nałożenie to chwilka, ale niestety długo się wchłania, nawet po roztarciu. Ja jednak wolę odczekać i nie ingerować, aby wsiąkła naturalnie, bo wtedy efekty są najlepsze. Używam raz w tygodniu albo i rzadziej, ale też i większych problemów z pazurkami nigdy nie miałam, od zawsze są mocne i twarde. Jednak lepiej dmuchać na zimne:)
Cena regularna 22,90 zł, można nabyć u konsultantki.



A Wy - jakie kosmetyki polecacie na zimę? Chętnie poznam opinię i nowe produkty, być może też komuś z Was będzie odpowiadał któryś z kosmetyków proponowanych przeze mnie. Piszcie!

wtorek, 20 stycznia 2015

Grey fur



Futro.
Kiedyś atrybut elegancji, zamożności i dobrego smaku, zarezerwowany jedynie dla tzw. wyższych sfer. Futra (oczywiście naturalne) nosiły damy, przy czym status społeczny był wprost proporcjonalny do surowca, z którego je wykonano. Im więcej tytułów i błękitnej krwi, tym rzadszy gatunek stracił życie, by owa niewiasta mogła zadawać szyku na salonach.
Dzisiaj w dobie włókien syntetycznych, to po prostu część garderoby, czasem dość ekstrawagancka, ale jednak zwyczajna. Mamy więc ową odzież we wszelkich kolorach tęczy, z długim lub krótkim włosem, w paski zebry, cętki ocelota czy pręgowane jak tygrysy. Co kto lubi.
Jednak futro trzeba lubić, oraz umieć nosić. Niestety bowiem, ma to do siebie, że zawsze dodaje kilogramów i źle dopasowane, może kompletnie zniekształcić sylwetkę.
Najlepsze zestawienie to takie, kiedy pod spód założymy dopasowaną odzież, która pozwoli zachować właściwe proporcje. Oversize w tym przypadku raczej się nie sprawdzi, bo sam w sobie również optycznie "powiększa". No chyba, że ktoś ma figurę typowej modelki, wtedy może eksperymentować do woli :)
Z modelką nie mam nic wspólnego, dlatego postawiłam na proste rurki i golf, akurat mój futrzak sam w sobie jest dość efektowny i nie potrzebuje dodatkowych ozdób. Jedyne, na co się skusiłam, to kryształowy naszyjnik.


 


Foto: T.


Botki/boots - Zara
Jeansy/jeans - River Island
Golf/turtleneck - GAP
Naszyjnik/necklace - OASAP
Futro/fur - OASAP
Kopertówka/clutch - Play.Work.Create

niedziela, 18 stycznia 2015

Hejtuję... bo mogę!


Ten obrazek autorstwa rysownika Jima Bentona właściwie wyjaśnia wszystko.
Internetowy złośliwy komentator, zwany pieszczotliwie hejterem (z angielskiego hate: nienawidzić,nie znosić), gatunek jakże popularny w sieci, a co się z tym wiąże, na blogach.
Nie mylmy przy okazji hejtowania z konstruktywną krytyką, która czasem może trudna do przełknięcia (bo kto to lubi), ale jednak wyrażona w sposób kulturalny i na poziomie, daje nam do myślenia. W końcu nikt nie jest alfą i omegą. Poza tym, ile ludzi, tyle opinii i nie wszystko musi się każdemu podobać. Ale chyba są jednak pewne granice wyrażania własnego zdania...

Wróćmy więc do naszego lwa z obrazka... Należy zadać podstawowe pytanie - dlaczego?
Odpowiedź jest banalnie prosta - bo może...  Może wylać swoje żale, frustracje, odbić toksyczny związek, wrednego szefa czy kłótnię z przyjacielem wylewając wiadro pomyj na kogoś w sieci. Bo może, jest ANONIMOWY, a przynajmniej tak myśli...
Przeważnie są to jakieś komentarze - aczkolwiek  pełne jadu - to jednak nieszkodliwe, ot wyżył się taki smarując jakieś bzdury i już. Znam jednak z rozmów z innymi blogerkami sytuacje, gdy anonim był na tyle złośliwy, uparty i uciążliwy, że sprawa otarła się o policję. Dziewczyny same namierzyły po IP indywiduum (tak, da się, nikt nie jest zupełnie anonimowy w sieci!), okazało się nim dziewczę "no life", pełne zazdrości, zawiści, której ujście dawało zalewając kogoś lawiną internetowej żółci.
Mało tego, przytaczając przykład jeszcze bardziej drastyczny, historia, którą kiedyś przeczytałam w sieci. Blogerka (pisząca, nie modowa), poznała przez internet kogoś, kto najpierw był fanem, potem zaczęli ze sobą rozmawiać i pojawiły się bliższe więzi. Jan, bo tak było bodajże owemu wielbicielowi, mieszkał gdzieś na drugim końcu Polski, jednak propozycje spotkań odrzucał, bowiem chorował, szpitale, operacja, leczenie, depresja... Tym też tłumaczył dziwne zachowania, szał zazdrości i typowo mizoginistyczne "kocham Cię i nienawidzę". I tak się ten uroczy toksyczny związek toczył on line, jednego dnia sms "Kocham Cię" a drugiego wyzywanie od szmat, bo nie odbierała telefonu... Po czym przeprosiny, podszyte groźbą, że on się zabije, jeśli ona odejdzie... Bohaterka tej opowieści była na skraju wytrzymałości psychicznej, a suma summarum wylądowała u psychiatry a całą historię przypłaciła załamaniem nerwowym. Okazało się bowiem, zupełnym przypadkiem, nie pamiętam jak, chyba za sprawą fałszywych zdjęć na fb, że uroczy wielbiciel to w rzeczywistości... inna kobieta, zupełnie obca. Niszczyła życie i zdrowie psychiczne drugiej osoby, a tak sobie, bo mogła... Ją kiedyś potraktowano w podobny sposób, postanowiła więc sobie to "odbić"...
Przerażające, do czego zdolny jest nasz, jakże inteligentny gatunek.

Bo kto hejtuje w sieci?
Po pierwsze obcy ludzie , a raczej w przypadku blogów, zwłaszcza modowych, obce kobiety (choć i zdarzają się panowie). Te z gatunku "wszechwiedzących i wszechznających się", które z góry zakładają, że taka blogerka to puste stworzonko jest, nic w główce nie ma, to sobie chociaż zdjęcia robi w "ałtfitach", co by zaistnieć. Nawet nie chcę mi się już pisać po raz kolejny o stereotypowym (i krzywdzącym) postrzeganiu blogosfery w tej materii, można sobie przeczytać o tym w moim poprzednim tekście TUTAJ. Tylko podstawowe pytanie - jak można oceniać kogoś kogo się nie zna? Nie wiedząc jakim jest człowiekiem, czy się zajmuje poza pokazywanie swoich stylizacji, czy może ma doktorat z astrofizyki, albo w wolnym czasie czytuje dzieła wielkich filozofów... Czy prowadzenie bloga o modzie od razu sprowadza go do poziomu "pustaka"? Dlaczego oceniamy czyjąś pasję taką a nie inną negatywnie, a tymczasem filatelista czy hodowca orchidei to po prostu zapalony hobbysta, o którym mówimy z uśmiechem na ustach?

A teraz po drugie - większa część hejterów, to osoby z naszego otoczenia, koleżanki, "życzliwe" znajome, pseudoprzyjaciółki... Bo znów wracamy do punktu, iż to przeważnie kobiety. Sfrustrowane, nie oszukujmy się. Bo mają gorsze wyniki w szkole czy pracy, bo wyglądają (w swoim mniemaniu, bo uroda rzecz subiektywna) gorzej, bo Ty masz super faceta, a ona nie... No to cóż zrobić, w twarz ci tego nie powie, bo NIE WYPADA... Ale jest internecik i proszę - chlust - jedno wiaderko mentalnych pomyj i żółci, drugie, trzecie... Należało Ci się, nie możesz być lepsza od niej!
Tylko pytanie do takiego hejtera - czy ktoś Cię zmusza do plotkowania pół dnia zamiast pracy albo obijania się w szkole? Wyniki będą gorsze, logiczne - ale na własne życzenie.
Zazdrościsz blogerce wyglądu, ale odżywiasz się w fastfoodach , palisz, imprezujesz, niszczysz włosy domowym rozjaśnieniem, nosisz bure swetry i jeansy. Może warto tą złość ukierunkować pozytywnie i zająć się sobą, przykładać do nauki czy pracy, iść do fryzjera, poprosić dobrze ubraną koleżankę lub stylistkę o poradę w kwestii zmiany garderoby... To naprawdę działa i nagle okaże się, że cały jad wywietrzał :)
Smutne to ale prawdziwe, łatwiej przychodzi ludziom użalanie się nad sobą, niż cieszenie z sukcesów innej osoby. Tak jakoś ciężko zaakceptować, że komuś może być lepiej, że ktoś uporem i pracą coś zdobył. A my nadal czekamy na mannę z nieba i wylewamy żale w sieci. ANONIMOWO...

Podsumowując krótko, żeby blogować, trzeba mieć grubą skórę, nie przejmować się złośliwą krytyką i robić swoje. Bo sukces, nawet najmniejszy, zawsze rodzi zawiść innych i niektórzy z nich nie potrafią nad tym zapanować. A powinni.

czwartek, 15 stycznia 2015

Black and gold



Odkryte plecy są bardziej seksowne, niż wielki dekolt z przodu!
Może to za sprawą tego, że wycięcie z tyłu odzieży jest mnie oczywiste, może też mam już przesyt biustów, którymi epatują gwiazdy i gwiazdeczki, wystarczy choćby spojrzeć na kreacje ze Złotych Globów, o których pisałam w poprzednim poście.
Słabość do takiego fasonu miałam od zawsze i już od czasów liceum przez moją szafę przewijały się ubrania z bardziej lub mniej wyciętymi plecami, nie jest to więc jakaś wielka nowość.
Tym razem pokusiłam się o bluzkę. Tył jest szalowy, luźny, zaś przód prosty, zabudowany.
Zestawiłam ją z prostą spódnicą ze skóry eko w kolorze złotym oraz szpilkami - to moja propozycja na karnawałowe party.
Metaliczne ubrania są w nadal szalenie modne, a ten ciuszek był na mojej wishliście od kiedy tylko latem wypatrzyłam ją w Mohito. Jednak 129 zł to troszkę za dużo więc czekałam do wyprzedaży, w końcu kupiłam ją całkiem niedawno za 79 zł. Jak widać cierpliwość popłaca :)
Wybaczcie jakość zdjęć, ale z samowyzwalacza w domu tak właśnie wychodzą, a nie pokuszę się o rozbieranie na dworze. Raz, szkoda zdrowia, dwa - śmiesznie wyglądają takie roznegliżowane stylizacje gdy dookoła śnieg a delikwentka na foto aż sina z zimna :)




Bluzka/blouse - OASAP
Spódnica/skirt - Mohito
Szpilki/pumps - Atmosphere
Naszyjnik/necklace - H&M