niedziela, 25 czerwca 2017

Słodkie życie



Ten zestaw kojarzy mi się z takim właśnie "la dolce vita".
Nie klasyką filmową Federico Felliniego, ale trybem wakacyjnym, beztroskim, jakimś spacerem na deptaku w Cannes czy innym pięknym miejscu na Lazurowym Wybrzeżu. Myśleniem o niebieskich migdałach, cieszenie się latem, słuchaniem szumu morza.

Może to zasługa szerokich białych spodni, może eleganckiej pudrowej bluzki - body w motywy kwiatowe. Nie jest to zestaw stricte urlopowy, ale urlopowy, nadający się w określone miejsca, stąd skojarzenie z Cannes :) Wyjście na kawę czy drinka ze znajomymi, przyjęcie na jachcie, kolacja w eleganckiej restauracji...
Ach, słodkie życie...


 




Zdjęcia by Aga S.

Bluzka/blouse - TUTAJ
Spodnie/trousers - Stradivarius
Klapki/shoes - Primamoda
Torebka/bag - no name
Okulary/sunglasses - Ray Ban

środa, 21 czerwca 2017

Arszenik i stare koronki



...no dobrze, nie jestem wielką wielbicielką arszeniku, choć kocham kryminały retro a tam truli się tym na potęgę :)
Za to stare koronki mają dla mnie wielki urok :) I koronki jako takie też! Są kobiece, w wersji czerni bardzo seksowne, w bieli i jasnych kolorach delikatne.
Dziś sukienka, troszkę w klimacie boho, ale dla mnie to takie eleganckie boho. Zamówiona on line więc byłam pewna, że przyjdzie szydełkowa, robiona z kordonka, typowo letnia, idealna do botków i kapelusza. Tymczasem rozpakowałam paczkę i okazało się, że to koronka w wersji eleganckiej, pokusić się by można nawet o twierdzenie, że ślubnej :)
Urok internetowych zakupów!
Nie zmienia to faktu, że kiecka jako tak jest niezwykle urokliwa, nie sądzicie?
Połączyłam ją ze stonowanymi, beżowymi dodatkami. Zamszowe szpilki pasują zawsze i wszędzie ale na wielką galę dobrałabym jednak kopertówkę w kolorze nude. Na mniejsze gale moja zarowa torebka jest idealna :)





foto: Beti by Beassima


Sukienka/dress - TUTAJ
Szpilki/heels - Zara
Torebka/bag - Zara

niedziela, 18 czerwca 2017

Nadwrażliwość?



Znasz takie dni?
Kiedy włosy układają się w zupełnie idiotyczny sposób i walczysz z nimi rano godzinę, już na wyjściu z domu robisz plamę na ulubionej sukience a pies sąsiadów (dotąd słodki jak pluszaczek) wściekle obszczekuje Cię na schodach kłapiąc zębiskami podejrzanie blisko Twoich kostek? Potem jest tylko... gorzej.
Nie możesz wsiąść do samochodu bo jakiś geniusz parkowania postanowił sprawdzić jak blisko mogą znajdować się dwa pojazdy nie ocierając się o siebie. Wsiadasz przez bagażnik, i dojeżdżasz jednak do pracy. Dobijasz tą nieszczęsną sukienkę tuszem wymieniając toner w drukarce, zbierasz ochrzan za nieobecną koleżankę, która zawaliła wasz wspólny projekt, a na koniec dnia w biurze twój ulubiony kubek do kawy przyciągany siłą grawitacji kończy swój żywot na kuchennej podłodze...
Wychodzisz starając się nadal jeszcze nie wybuchnąć, ale olbrzymi korek w drodze powrotnej do domu mocno nadwyręża Twój zapas cierpliwości.
W skrzynce na listy zaś znajdujesz pisemko ze spółdzielni o rozliczeniu ogrzewania - coroczna nadpłata w tym roku zmienia się w niedopłatę 330 zł (jak? dlaczego? ominął Cię gdzieś fakt, że nastała epoka lodowcowa i włączałaś kaloryfery na max?).... Hmmm, w myślach żegnasz się więc z weekendowym wyjazdem bo skarbonka coś pustawa i niestety wygrywa spółdzielnia, co wybitnie podnosi Twój nastrój.
Wchodzisz do domu i masz ochotę albo się rozryczeć, albo stłuc kilka talerzy rzucając przy tym mnóstwo słów uznawanych powszechnie za niecenzuralne. Ewentualnie obie opcje na raz (talerze tanie, z Ikea, wielkiej straty nie będzie).
Masz tak? Często? A może codziennie?
Bo ja tak!

A wiesz, że wszystko to mniejsze lub większe bzdury, wyolbrzymiane w głowie do poziomu prawie-tragedii, którymi sama siebie zatruwasz? Rzeczy, na które nie masz wpływu, a psują Ci humor na resztę dnia, zastanawiasz się nad nimi i rozbierasz w głowie na części pierwsze, zamiast cieszyć się wolnym popołudniem, poczytać książkę czy iść na spacer.




Nadwrażliwość. 
Ciężko jest żyć, gdy z równowagi potrafi wyprowadzić Cię najmniejszy drobiazg.
Ciągle uczę się, jak okiełznać ową cechę charakteru, by nie była ona kłodą na drodze, hamującą mój rozwój. Bo że hamuje to niestety jasne. Dla innych drobiazg nad którym przejdą w miarę obojętnie, mnie podcina skrzydła. Ja się zastanawiam dlaczego, pewnie to coś znaczy, jakiś sygnał od wszechświata czy warto w takim razie dalej próbować?
WARTO. Jeśli tylko nie dążysz do celu po przysłowiowych trupach, w zgodzie z własnym sumieniem, warto. Stań na chwilę w miejscu, policz do dziesięciu, pomyśl o czymś przyjemnym i ruszaj dalej.
Ja przenoszę się w głowie w miejsce które relaksuje mnie najbardziej na świecie - na plażę, ze słońcem i błękitnym oceanem w tle. Prawie czuję zapach wiatru, szum wody, drobiny piaski pod stopami. Zamykam oczy, biorę dwa wdechy i od razu lepiej, nie ma się czym przejmować!
W codziennym życiu staram się przekuwać te negatywne sygnały właśnie na zasadzie "stało się-trudno-żadnej filozofii do tego". 
Wyłapuję za to te dobre, ciesząc się drobnymi przyjemnościami. Bo to zaleta nadwrażliwości - małe "złe" rzeczy psują humor, ale małe "dobre" potrafią niezmiernie cieszyć. Czystą, niemal dziecięcą radością.
Magnesik na lodówkę kupiony podczas niedawnego wypadu do Krakowa, miła konwersacja z panią sprzedającą w Żabce, która zachwyciła się moimi paznokciami. Kilka słów pochwały w pracy. Piękna bluzka, wyszperana w second hand za kilka złotych. O tym pamiętam.
A że yorki są nadpobudliwe? Trudno, ten typ tak ma. Jak mnie ugryzie to mu oddam :) Plama z sukienki da się wywabić, a jeśli nie, kupię inną w second hand i wydam tylko kilkanaście złotych :) Do ogrzewania dopłacę, a na przyszłą zimę wyciągnę grubsze swetry i przykręcę kaloryfery :)

Jeśli mogę Ci coś radzić, to kolekcjonuj w głowie te dobre momenty i momenciki, które sprawiają, że myśląc o nich uśmiechasz się.
Złe przepracuj, zaklnij pod nosem, policz do trzech (lub do dziesięciu :), podnieś głowę i zapomnij.
Z nadwrażliwością da się żyć!
Naprawdę!

Zdjęcie pierwsze selfie z ręki, zdjęcie drugie by Beassima.

niedziela, 11 czerwca 2017

ever after...




Boho.
Spontanicznie.
Bo lubię.
Wygodnie.
Na deszczową sobotę.
Sukienka Sammydress.
Kobiecość i kwiaty.
W powietrzu czuć lato!





Zdjęcia by Ewa


Sukienka/dress - Sammydress
Botki/boots - Zara
Torebka/bag - MacKenzie
Kapleusz/hat - H&M

czwartek, 8 czerwca 2017

Książkowy przegląd maja - Pogromca Lwów Camilla Lackberg

źródło: empik.com


Gdyby jeszcze niedawno ktoś powiedział mi, że w ciągu trzech miesięcy przeczytam raptem jedną książkę, wyśmiałabym go głośno. Ja? Jedną? Chyba tygodniowo!
A jednak w marcu zacięłam się czytelniczo, inaczej nie mogę tego określić, jak właśnie "zacięcie".
Camillę Lackberg uwielbiam od pierwszej części pt. "Księżniczka z lodu", każdą kolejną część sagi pochłaniałam z zachwytem i z takim samym zapałem sięgnęłam po ostatnią - "Pogromca lwów".
I utknęłam na bardzo długo...
Akcja książki tak jak pozostałych rozgrywa się w Fjalbace, autorka kontynuuje wątki prywatnego życia głównych bohaterów, pisarki Eriki Falck oraz jej męża Patrika Hedstroma. Praca, dom, trójka ukochanych pociech, codzienne radości i smutki.
W to tło wpisana jest kolejna historia kryminalna.
Skandynawska mroźna zima, pusta droga i naga dziewczyna, wybiegająca z lasu wprost pod koła samochodu...
Nastoletnia Victoria zaginęła kilka miesięcy wcześniej, wracając ze szkółki jeździeckiej. Szukano jej bezskutecznie tygodniami, teraz zaś "odnajduje się", niestety ginąc w wypadku.
Jak się okazuje, jest straszliwie okaleczona, była okrutnie torturowana, zaś policja wiąże jej zaginięcie ze zniknięciem innych młodych dziewcząt i kobiet w okolicy...
Jednocześnie Erika, pracując nad nową książką odwiedza w więzieniu kobietę, odbywającą wyrok za zabicie męża. Laila nie chce jednak zdradzać szczegółów zbrodni a pisarka cały czas ma wrażenie, że tamta coś ukrywa. Na jaw wychodzą również przerażające szczegóły życia rodziny Kovalskich...

Pierwsze wrażenie, jakie pojawiło się po trzymiesięcznym (!) "przemęczeniu" tej książki?
Znowu to samo plus dodatkowo dawka okrucieństwa...
Camilla Lackberg chyba nie ma już nowych pomysłów na fabułę i bazuje na stałym schemacie, przewijającym się przez całą sagę oraz próbie oszołomienia czytelnika obrzydliwościami zbrodni typu wydłubane oczy...
Absolutnie nie rozumiem zachwytów nad tą książką, a może inaczej - są one całkowicie "na wyrost".
Uwielbiam sagi, kocham serie i z wielką przyjemnością zanurzam się w kolejne losy bohaterów, a jednak tutaj robi się już lekko niestrawnie.
Średnio polecam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Wrap up in Vichy



Kolejne udane zakupy z Zaful za mną.
Pas gorset to hit sezonu, jednak chwilę zastanawiałam się, czy inwestować w tak sezonowy dodatek. W końcu względy "strasznie mi się podoba" wzięły górę nad tymi "ej masz odkładać na wakacje" i osiągnęłam wewnętrzny konsensus na zasadzie - oj tam, raz nie zawsze, teraz już będę grzeczna :)
PO czym wczoraj pojechałam "na łowy" i do szafy wpadło kilka fajnych ciuszków, które pokażę Wam w najbliższej przyszłości. Na ukojenie sumienia - wszystkie trzy z second hand.
Dzisiejszy zestaw jest prosty w formie i kolorze, ale efektowny, właśnie za sprawą owego paska.
Jesteście za czy raczej przeciw jeśli chodzi o ten dodatek?


 





Bluzka/blouse - Zaful
Gorset /Corset Belt - Zaful
Spodnie/trousers - H&M
Torebka/bag - DKNY (vintage)

czwartek, 1 czerwca 2017

Instamix wiosna 2017 czyli blogerka prywatnie

Kochani śledzicie mój instagram MODA I TAKIE TAM?
Ja przyznaję się zupełnie szczerze, że chyba jestem uzależniona od tej aplikacji.
O ile mogę nie mieć czasu wejść na blog czy sprawdzać, co się dzieje na facebooku, o tyle forma stricte obrazkowa (do mnie, wzrokowca) bardzo szybko dociera. I łapie się na tym, że wieczorem leżę i oglądam - co u znajomych blogerów i znajomych w ogóle, inspiracje od projektantów mody i oczywiście przepiękne miejsca na świecie - koniecznie z błękitnym oceanem w tle (to już ta pora, tęskno do urlopu).
Jeśli Wy nie macie takiego małego bzika i konta na tym portalu, oto, co u mnie słychać bardziej prywatnie, nie modowo, czyli instamix , podsumowanie wiosny. Bo zbierała się, zbierała ale w końcu przyszła!
I zakwitły hiacynty, żonkile, konwalie w ogródku w domu rodzinnym.
...oraz magnolie w Parku Jasnogórskim. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Częstochowie, można odpocząć, podokarmiać wiewiórki i pomyśleć... Jest również staw z fontanną, są ławeczki i stoły dla szachistów. Jeśli ktoś nie był, polecam!




Praga - to tam razem z koleżanką Agą spędziłyśmy tegoroczną majówkę.
Przepiękne, magiczne, cudowne miasto! Co chwila napotykaliśmy piękne miejsca, w ciągu 3 dni z przewodnikiem zrobiłyśmy jakieś kosmiczne ilości kilometrów, ale było warto!
Ściana Johna Lennona, Most Karola, Ogrody Wallensteina, Hradczany, Ogrody Dominikańskie czy Rynek Główny to tzw. must have przy zwiedzaniu Pragi. My wybrałyśmy się jeszcze na rejs po Wełtawie by od strony rzeki obejrzeć zabytki. Niestety nie dotarliśmy za to na Cmentarz Żydowski, czego ogromnie żałuję.
Jedzenia jako tak nie polecam - okropne, poziom obsługi również pozostawia do życzenia i w knajpach i w hotelach, dziwny naród Ci Czesi... Za to przysmak mają nad przysmaki - trdelnik, czyli zawijana rura z aromatycznego ciasta, można jeść saute, można z ciepłą czekoladą w środku (orgia kubków smakowych!) albo ze świeżymi truskawkami i lody na to (kulinarny orgazm!) - tak, to te rożki poniżej.
Generalnie mam jakąś potworną liczbę zdjęć z aparatu i post o tym pięknym mieście popełnię na pewno, jak tylko znajdę chwilę bo te wszystkie fotki przesortować i obrobić.





Dziewczyny i babskie wypady tudzież kawki :)
Na Dzień Kobiet w gronie zaprzyjaźnionych od lat kobitek: Aga, Asia i Ola, pojechałyśmy sobie na weekend do SPA w hotelu Villa Verde. Zdjęcia stamtąd nie ma pół, ale przed odwiedziłyśmy zamek w Ogrodzieńcu, korzystając z pierwszego naprawdę ładnego weekendu tej wiosny. Potem były już drineczki, basen, sprawne paluszki pana masażysty i pełen relaks oraz mnóstwo pogaduszek i śmiechu :)
Ewę i Mar znacie od dawna, staramy się widzieć tak często, jak tylko możemy, choćby na szybką kawę.
Tegorocznie zaś, moja nowa koleżanka to Bea prowadząca blog Beassimaa, zakumplowałyśmy się bardzo, a fotkę którą widzicie popełniłyśmy na BLOGOTOKu, który odbył się w Kielcach w kwietniu br, moja relacja TUTAJ.
Nową koleżanką jest również Aga, partnerka z wyprawy do Pragi, towarzyszka "ciątania" po Alejach w weekendy, mój fotograf i dobra dusza w ogóle :) Planujemy razem urlop w jakimś pięknym, ciepłym miejscu, będzie super!




Coś dla ciała i dla ducha :)
Od kawy z mlekiem jestem uzależniona. Koniec, kropka.
Podobnie od sałatki Diablo w Boulangerie.
I od deseru lodowo - owocowego w Cafe Del Corso.
Bo że od książek, to już wiecie?
Jak na ironię czytanie idzie mi ostatnio jak po grudzie, chyba jakieś przesilenie wiosenne. Męczyłam się z tą Lackberg strasznie ponad dwa miesiące, normalnie powinnam pochłonąć ją w dwa dni. Recenzja pojawi się wkrótce.
Przetestowałam peelingi od Boody Boom i zdania nie zmienię - są genialne (cała recenzja TUTAJ)




Różne.
Genialny, niesamowity pasek z second - hand, dziwadło nad dziwadłami, czyli coś co kocham najbardziej. Za 4 zł!
Zachód słońca w Alejach, bardzo urokliwy.
I ja w kawałkach większych lub mniejszych :)
Plus butik Karl Lagerfeld w Pradze, nie mogłam się oprzeć...




I tyle wiosny u mnie :)
A co u Was Kochani?
Piszcie, chętnie się dowiem!

niedziela, 28 maja 2017

Flashdance



Szukałam i szukałam, kiedyś pełne takich koszulek z logo, teraz second hand świecą pustkami. Cóż, trend przyszedł, towar wymiotło.
Szukałabym dalej, gdyby nie młodszy Braciszek...
Pojechałam na obiad do domu rodzinnego, francja elegancja, kluseczki, mięseczka, suróweczki, kawka i ciasto, szał ciał. Plus ukochany psiur, który mając mnie tylko w weekendy, zalizałby na śmierć już przed deserem :)
Nagle gdzieś pomiędzy tym wszystkim do mojego mózgu dotarła informacja zasadnicza - Dave ma na sobie koszulkę, jakiej szukam od pół roku (mniej więcej).

Nawiązał się więc krótki dialog w stylu "skróty myślowe zżytego rodzeństwa":
-ej, ja chcę taką koszulkę, dawaj!
.. (chwila ciszy, zaskoczona męska mina) - ale moją koszulkę?
- tak, oddawaj!
-TERAZ?
- tak, zdejmuj, bo potem zapomnę i nie zabiorę
...(minuta zastanowienia...rzut oka ma moją zaciętą minę i rezygnacja) - dobra, daj mi jakąś inną do ubrania i bierz, ale tylko pożyczam!

Tym sposobem, stałam się chwilowo posiadaczką wymarzonej oldschoolowej koszulki Calvin Klein, pachnącej na dodatek jednym z piękniejszych męskich zapachów jakie znam - Dreamer by Versace.
Cóż, nikt nigdy nie obiecywał, że posiadanie siostry - blogerki będzie łatwe :)
Zwłaszcza starszej, z dużą siłą przebicia :)

Luźną inspiracją tej stylizacji i posta w ogóle stał się film "Flashdance", klasyka z lat 80 z Jennifer Beals w roli głównej. To historia dziewczyny, której marzeniem jest taniec, natomiast na co dzień zarabia jako... spawacz w hucie i "tancerka egzotyczna".
Podoba mi się kanwa tej opowieści, charakter głównej bohaterki i oczywiście modowa stylistyka lat 80.
Plus fajna muzyka i ON w pięknym samochodzie, prawie jak książę na biały rumaku...
Bajka :)


 
 
 


Zdjęcia by Aga S.


Koszulka/T-shirt - Calvin Klein Jeans
Spodnie/jeans - Bershka
Szpilki/heels - Laura Piacci
Bandana/scarf - no name

niedziela, 21 maja 2017

Gypsy heart



Przyszła wiosna, ciepła, w klimacie boho...
Zeszłą sobotę spędziłam w takim właśnie zestawie - inspiracją do niego był pasek, kupiony wcześniej w second handzie. Dziwny, kowbojski, na pewno rękodzieło, być może jeden jedyny egzemplarz, kocham takie perełki! 4 złote polskie wydane bez wyrzutów sumienia!
Generalnie elementy tego, co mam na sobie, gromadziłam jakąś potworną ilość czasu.
Drewniaki stały w szafie kilka lat, podobnie duża torba z Zary. Niby fajne, ale jakoś nie miałam weny ich z czymś zestawić. Tudzież wyrzucić lub odsprzedać.
Bluzka zeszłoroczna, też jakoś nie zdążyła mi się przysłużyć wcześniej.
Tylko dzwony i kapelusz już tu bywały.
W końcu mi to wszystko razem "zagrało" na zasadzie wyciągania po kolei elementów, które złożone do kupy o dziwo od razu idealnie się dopasowały.
Wbrew pozorom to ciężka sztuka - ile razy wymyślam sobie w głowie zestaw, mierzę go i okazuje się, że proporcje nie te, coś jest za szerokie albo w ogóle nie pasuje... Dlatego nauczona doświadczeniem, zawsze szykuję ubranie wcześniej, chyba, że mam już sprawdzonego wcześniej "gotowca" :)


 



Zdjęcia by Aga S.


Bluzka/blouse - Miss Selfridge
Spodnie/trousers - Stradivarius
Kapelusz/hat - H&M
Pasek/belt - no name
Torba/bag - Zara
Drewniaki/shoes - River Island

niedziela, 14 maja 2017

Kenzo scarf



Pomimo tego, że wiosna za oknem ma naprawdę wielkie problemy z wystartowaniem w trybie "20 plus", moja garderoba przeszła już tzw. wielkie czystki, które czynię zawsze o tej porze roku. Czyli swetry w tył, koszulki i letnie sukienki w przód i przy okazji trochę ubrań pod osiedlowy śmietnik.
Już od dobrego miesiąca w szafie zrobiło się luźniej, komody też jakby lepiej się domykają :)
Ale...
Ostatnio zdałam sobie sprawę, co pominęłam!
Ogromny, wiszący w garderobie wieszak z motanymi na szyję dodatkami pozostał nietknięty jeszcze do przedwczoraj... po czym uległ znacznemu odchudzeniu.
Wyrzuciłam kilka zwykłych szalików z viskozy, ale już przy jedwabiu ręka mi drgnęła i cztery apaszki po prostu zmieniły właścicielkę na moją Mamę.
Pozostała i tak jakaś zatrważająca jak na normalnego człowieka (nawet kobietę!) ilość ok. trzydziestu sztuk, ale zawsze to postęp... no i nigdy nie twierdziłam, że jestem normalnym człowiekiem :)
Przy okazji pod tym wiszącym stosem (czy stos może wisieć?) odkryłam szalony jedwabny szalik od Kenzo wyszperany kiedyś w second-hand.
Z jednej strony paski, z drugiej ni to kółka, ni kwadraty. Czyli jak to u Kenzo, misz - masz kształtu, koloru, który jednak ma w sobie coś urokliwego :)
Od razu w głowie urodził mi się pomysł na wykorzystanie go w zestawie obustronnie, czego efekt widzicie dzisiaj.
Asymetrycznie, jedna część pod paskiem, druga puszczona luźno.
Do tego gładkie tło białej koszuli i kanarkowych spodni plus czarne dodatki.
Rzec by można, klasyka ekstrawagancji :)





Zdjęcia by Ewa


Koszula/shirt - Twiggy Shop
Spodnie/trousers - F&F
Szal/scarf - Kenzo
Pasek/belt - Moschino
Torebka/bag - Michael Kors
Czółenka/shoes - Zara

środa, 10 maja 2017

Body Boom naturalny peeling kawowy + antycellulitowe masło do ciała + maska żółta glinka



Siedzę i pachnę kawą.
Ostatnio prysznic nie tylko przyjemnie mnie odpręża, ale i pobudza.
Zasługa to naturalnego peelingu kawowego Body Boom.
Cóż to takiego ów BB, marka, w której już zakochały się tysiące polskich dziewczyn i kobiet?
To naturalny peeling kawowy produkcji polskiej(!), w eko opakowaniu i całej masie bogactwa w sobie!
Jak wiadomo kawa ma cały wachlarz pozytywnych właściwości. Pita w wersji "mała czarna" pobudza i daje kopa do działania, zaś zmielona, stosowana jak peeling, oczyszcza skórę z toksyn, wygładza ją (również rozstępy!), poprawia krążenie i pomaga w walce ze zmorą chyba wszystkich kobiet - cellulitem.


 


Jak stosować?
Najlepiej. 2-3 razy w tygodniu, zwilżyć skórę pod prysznicem, następnie przy pomocy załączonej drewnianej łyżeczki wysypać porcję na dłoń i wcierać w poszczególne partie ciała.
Ja zużywam ok. 4 łyżeczek na całe ciało (bez twarzy), produkt jest bardzo wydajny. Następnie czując miłe mrowienie i dodatkowo masując delikatnie, odczekuję 5-10 minut i spłukuję specyfik.
Dzięki zawartości substancji nawilżających na skórze pozostaje delikatny film, nie wymaga ona użycia balsamu. I jest gładka jak przysłowiowa pupcia niemowlęcia :)
Osobiście dołączam do grona zakochanych w peelingu Body Boom!

Gdybyście jednak potrzebowały dodatkowego nawilżenia skóry, polecam antycellulitowe masło do ciała Body Boom, możecie je zastosować po peelingu lub używać po prostu po każdym prysznicu. Jest gęste, ma dość tłustą konsystencję, ale bardzo szybko się wchłania i nie brudzi ubrań.
Zawiera w składzie kofeinę i L-karnitynę, znane ze skutecznej walki z cellulitem. Czy w tej materii czyni cuda, szczerze przyznam, nie wiem bo po utracie kilku kilogramów ten i tak niewielki wcześniej problem zminimalizował się praktycznie do zera, poza tym systematycznie ćwiczę, co też ma wpływ.
Kosmetyk na pewno nie zaszkodzi, nawet prewencyjnie, a moja skóra lubi taki poziom nawilżenia.




Żółta glinka do skóry tłustej i mieszanej Body Boom, naturalny produkt prosto z Syberii, który ma silne właściwości osuszające i oczyszczające.
Kosmetyk który szczerze pisząc, wypróbowałam tylko na twarzy, gdyż całą pozostałą część skóry mam suchą.
Za to tak zwana strefa "T" czyli czoło, nos i podbródek to ciągła walka ze "świeceniem się".
Glinkę stosowałam właśnie na twarzy, zgodnie z zaleceniami - nałożyć, pozostawić 10 minut i zmyć.
Efekt po kilku razach  bardzo dobry, skóra była zmatowiona, ale jędrna.
Zobaczymy długofalowo, gdy zużyję całe opakowanie 200 g, raczej wystarczy mi na długo :)




Dziewczyny, znacie te produkty? Jeśli tak, ciekawa jestem Waszych opinii.
Jeśli nie, może przetestujecie?

Te oraz inne kosmetyki z serii Body Boom możecie kupić TUTAJ
Dodatkowo niespodzianka, na hasło: modaitakietam macie 20% zniżki na wszystko!
Kod ważny do 17 maja.